piątek, sierpnia 22, 2014

JESIENNA LISTA MOICH MAŁYCH MARZEŃ

Od czasu do czasu tworzę listę rzeczy, które (mniej lub bardziej) chciałabym posiadać. Nie zawsze, ale jednak zdarza się, że lista ta pomaga mi realizować swoje małe cele. Nie oszukujmy się - nie są one pierwszorzędne. Da się bez nich żyć. Między innymi właśnie dlatego nazywam je swoimi małymi marzeniami. Prawdę mówiąc, "marzenia" to również niezbyt dobre określenie dla zachcianek, ale niech już tak zostanie.


Żadna z tych moich zachcianek nie jest najważniejszą. Po prostu każdą z tych rzeczy chciałabym mieć, bo coś tam. Jesień kojarzy mi się z delikatnymi brązami, szarościami, czernią, intensywnymi czerwieniami. Właśnie dlatego większość rzeczy, które tu widzicie są w takich odcieniach.

Odkąd jestem w posiadaniu pomadki All Out Gorgeous z MAC, mam ochotę na więcej. Tym razem upatrzyłam sobie tę w kolorze Red Necessity. A skoro jesteśmy już w temacie kosmetyków - muszę wspomnieć o paletce, która od kilku  miesięcy spędza mi sen z powiek - Zoeva Naturally Yours. Jest piękna, stuprocentowo moja kolorystycznie. Jesiennym zapachem, który znam od dawna i kocham nad wiele innych, jest tradycyjne, beżowe Chloe. Wykończyłam już kilka małych flakoników tych perfum, teraz czas na większe.


Poza tymi wszystkimi kosmetycznymi punktami na mojej liście, reszta ma bardziej praktyczny charakter. Znajdziecie na niej: apaszkę w pepitkę, puchate kapcie, ciepły koc z pomponami (już raz o nim wspominałam), długi sweter z motywem warkocza, porządny portfel, kubek w sweterku (so cute!), świece ZARA home. 

Są też marzenia dużo droższe. Tu: klasyczna, czarna torebka Michaela Korsa i nowy telefon - celuję w Samsung Galaxy S5. :) Jakiś czas temu stwierdziłam, że kupowanie tanich torebek mija się z celem. Mam wrażenie, że na większości z nich bardzo szybko widać ślady używania. Tak czy siak, ponad tysiąc za taszę, to jednak trochę sporo, co nie? Telefon to mój must have, z tego względu, że staruszek (SGS2), którego posiadam, powoli zaczyna wołać, że należy mu się emerytura. Jest ze mną cztery lata. Uwielbiam go, ale sama widzę, że czas kupić nowy. Kiedy kupowałam S2, kosztował sporo. Do tej pory uważam, że to najlepiej wydane pieniądze w moim życiu.

Jestem ciekawa, jak wyglądają Wasze listy życzeń. Macie takie? Polujecie na coś? 

wtorek, sierpnia 19, 2014

MIŁOŚĆ Z KATALOGU

Jestem osobą, którą ciężko do czegokolwiek przekonać. Jeżeli się uprę, a swój upór poprę racjonalnymi (w moim uzasadnieniu) argumentami, to już koniec. Mało komu udaje się podjąć, a co dopiero wygrać walkę z tą moją paskudną poniekąd cechą. Gdy zaczynałam pisać ten blog, niejednokrotnie podkreślałam, że nie przepadam za kosmetykami katalogowymi. Dyplomatycznie wypowiadałam się na tematy stricte związane z konkretnymi markami czy produktami, znanymi dzięki katalogom. Na przeciw tej mojej niechęci, wyszło Oriflame, zupełnie niczego ode mnie nie oczekując. Kilka, a może nawet kilkanaście miesięcy temu, odezwała się do mnie przedstawicielka marki, proponując, że prześle mi jeden produkt, od tak. 


Kręciłam nosem, ale w końcu zgodziłam się. Produkt okazał się jednym z moich ulubionych. Pomyślałam, że to z pewnością zbieg okoliczności i dalej brnęłam w przekonanie, że gdybym sama miała dokonać zakupów z jakiegokolwiek katalogu, pewnie nie skusiłabym się na nic szczególnego. Oriflame postanowiło jednak walczyć dalej. W ciągu kolejnych miesięcy otrzymałam od producenta następną paczkę. Świąteczną. Znalazły się w niej kosmetyki, które pokochałam, i które znienawidziłam. Bilans wyszedł na zero. Moje przekonanie o kosmetykach katalogowych nie uległo zmianie. Do niedawna.


Kiedy myślałam, że Orfilame przestało walczyć, otrzymałam kolejną przesyłkę. Tym razem z kosmetykami na lato. I wiecie co? W kosmetyczce, która po brzegi wypchana była kosmetykami (tak, przyznaję się bez bicia) nie znalazłam ani jednego kosmetyku, którego nie użyję. Wszystkie, co do jednego są niesamowicie dobrej jakości. Dziś przedstawiam Wam cienie w kremie, które moim zdaniem, powinna spróbować każda osoba, która lubi eksperymentować z makijażem. Bardzo trwałe, mocno nasycone, estetycznie zapakowane cienie, stały się moim ulubieńcem. Pomimo, że należą do ciemnych, można je fantastycznie stopniować, bez obaw stosując w makijażu dziennym.


Teoretycznie, cienie są kremowe. Praktycznie, ich konsystencja bardziej przypomina mus. Golden Brown i Shimmering Steel, to kolory bardzo mocno opalizujące. W brązie znajdziecie dużo złotych drobinek, natomiast w stali, niebieskich. Oba kolory prezentują się zabójczo. Swatche tych cieni możecie obejrzeć tutaj. Jak Wam się podobają? Ja oddaję honor i przyznaję, że błędnie wrzucałam wszystkie kosmetyki katalogowe do jednego worka. Przypuszczam, że zawsze będę mieć dystans do obietnic producentów kosmetyków katalogowych, ale postaram się być mnie krytyczna. Obiecuję!

P.S. Pamiętacie o konkursie z La Roche-Posay? Cały czas czekam na Wasze zgłoszenia!

niedziela, sierpnia 17, 2014

O MINERAŁACH RAZ JESZCZE

Od kilku miesięcy poznaję kosmetyki mineralne. Powinniście już o tym wiedzieć, bo przedstawiłam Wam pomadki i róże. Dziś czas na kolejne spotkanie. Tym razem, z cieniem do powiek (a może korektorem?) i podkładem (a może pudrem?). Oba produkty, to te, o których powinniście przeczytać. Przede wszystkim, jeżeli chcecie wiedzieć czy rzeczywiście podkład mineralny różni się czymś od pudru sypkiego i, czy cień do powiek może być korektorem. Zacznijmy od podkładu. O nim mam dużo do powiedzenia, głównie ze względu na to, że jest moim pierwszym w takiej formie. 


Do tej pory, jeśli decydowałam się na kupno podkładu, jego konsystencja była płynna. I szczerze mówiąc, taka mi bardziej odpowiada. Ta sypka do złudzenia przypomina ciężkie pudry, które niegdyś robiły na mojej twarzy to, co chciały, niszcząc ją przy tym okrutnie. Trzeba przyznać, że ten podkład nie zrobił mojej cerze nic złego, dosłownie, ale nadal nie mogę się do niego przekonać. Nie radził sobie z zakrywaniem niedoskonałości, które od czasu do czasu pojawiały się na mojej twarzy, i właściwie to go zdyskwalifikowało. Z ujednolicaniem zarumienionej buzi też miał problemy. Matowienie i eliminowanie świecenia to za mało. Przynajmniej dla mnie. Cena tego kosmetyku, względem jakości i wydajności, jest zdecydowanie za wysoka. Moja skóra nie potrzebuje dużego krycia, ale to, które możemy uzyskać przy pomocy tego podkładu, jest minimalne. Mój kolor to WARM PEACH. Jak go określić? Delikatny, jasny odcień beżowego wymieszanego z żółtym. Ciepły, ale na pewno nie brzoskwiniowy. :) 


Zupełnie inne zdanie mam o cieniu do powiek, w kolorze Cream Soda. To bezapelacyjnie mój ulubiony kosmetyk ostatnich tygodni. Spełnia kilka funkcji. Może być nie tylko cieniem, ale również korektorem. Fantastycznie zakrywa cienie pod oczami, eliminuje przebarwienia wokół powiek. Świetnie sprawdza się również do punktowego korygowania niedoskonałości na pozostałym obszarze twarzy. Nie zbiera się w zmarszczkach i jest bardzo trwały. Długo utrzymuje się na skórze, i co ważne - nie potrzebuje żadnej bazy, aby tak było. Przysięgam - próbowałam zrobić zdjęcie obu kosmetyków. Nie szło mi zupełnie, ale to, co wyszło z tej żenującej walki, możecie zobaczyć tutaj


Znacie kosmetyki mineralne? Z jakimi najłatwiej Wam się współpracuje? Lubicie markę Lily Lolo? Zachęcam do dyskusji. :)

Przypominam również, że trzy dni temu rozpoczął się konkurs, w którym możecie wygrać sześć kremów Effaclar Duo plus, marki La Roche-Posay. Zapraszam do zerknięcia w poprzedni post. :) Właśnie tam znajdziecie formularz, który wystarczy wypełnić, aby zostać uczestnikiem zabawy. 

czwartek, sierpnia 14, 2014

LA ROCHE-POSAY EFFACLAR DUO PLUS. KONKURS

O serii Effaclar napisano w blogosferze już chyba wszystko. Effaclar Duo [+] to krem zwalczający niedoskonałości, zatkane pory, przebarwienia potrądzikowe. Producent przekonuje, że to produkt redukujący uporczywe niedoskonałości, stanowiący kompletną pielęgnację dla skóry trądzikowej o wzmożonej skuteczności. Effaclar jest kombinacją, która zawiera składniki aktywne, aby skutecznie działać na główne objawy trądziku. Przeznaczony dla osób ze skórą trądzikową lub potrądzikową. 


Ja jestem tego kremu szalenie ciekawa, bo pierwsze kilka dni używania mijają bezproblemowo. Poprzedniej wersji nie miałam, a słyszałam, że jest najskuteczniejszą w walce z zaskórnikami. W testach pomagają mi dwie osoby z najbliższego otoczenia, ale dla Was również mam kilka kremów. Zanim jednak przejdziemy do warunków konkursu, chciałabym abyście wiedzieli, że Effaclar Duo plus to krem, który:
  • nie powoduje powstawania zaskórników,
  • jest hipoalergiczny,
  • nie posiada w składzie parabenów,
  • jest stworzony, aby minimalizować ryzyko reakcji alergicznych u osób uczulonych na nikiel.

Pierwsze dni używania tego kosmetyku pozytywnie mnie nastroiły. Jestem niemal pewna, że polubię ten krem na tyle, by został stałym bywalcem mojej toaletki (tfu! szuflady). Maleństwo ma kremowo-żelową konsystencję, ale brakuje mu zapachu. Szybko się wchłania i całkiem dobrze współpracuje z makijażem. Więcej powiem Wam za dwa tygodnie. Używam tego kremu rano i wieczorem, na skórę, oczyszczoną żelem do mycia twarzy Effaclar. Zobaczymy jak ta przygoda się skończy. Tymczasem, chciałabym zaprosić Was do konkursu. Zabawa potrwa od dziś do 29 sierpnia (włącznie). Do wygrania aż sześć pełnowymiarowych kremów Effaclar Duo [+]. Resztę informacji znajdziecie w poniższym formularzu. ;)


A Wy znacie serię Effaclar marki La Roche-Posay? Jestem bardzo ciekawa, co o niej sądzicie. Weźmiecie udział w konkursie? ;)


Copyright © 2011- Agata bloguje