poniedziałek, 28 lipca 2014

FRIEND ZONE

AUTOR: Agata bloguje... 20 KOMENTARZY
Moda na zdjęcia zrobione sobie samemu, tzw. selfie, przyszła do nas nie wiadomo kiedy, nie wiadomo skąd. Niezależnie od typu osobowości, autoportretowe zdjęcia są nieodłącznym elementem prawie każdego profilu, robiąc furorę w mediach społecznościowych. Facebook, twitter, instagram oszalały na ich punkcie. Razem z marką Somersby postanowiliśmy zapoczątkować coś innego, nowego. Niech nasze konta w mediach społecznościowych, zostaną przejęte odpowiednio otagowanymi zdjęciami z przyjaciółmi - #Friendsie #Somersby. W końcu, z nimi wszystko robi się lepiej. Wyobrażacie sobie życie bez przyjaciół?


Myślę, że nie. Jeżeli macie ochotę dołączyć do mnie i pokazać, że spędzanie czasu z innymi jest super, nie zwlekajcie. Lord Somersby będzie monitorował sieć, wyłapywał otagowane przez Was fotki (#Friendsie #Somersby) i wysyłał wybranym osobom nagrody niespodzianki.




Do dzieła. Wiem, że zrobienie takiego zdjęcia może graniczyć z cudem, ale dla chcącego nic trudnego. Razem z Lordem czekamy na Wasze fotograficzne propozycje. Pokażcie, że o ile #selfie prawdopodobnie nigdy nie wyjdzie z mody, o tyle #friendsie może być równie popularne! Kampania kierowana jest do osób, które ukończyły 18 lat. 


Jestem ciekawa, jak Wy spędzacie czas ze znajomymi. Aktywnie czy raczej leniwie? Co sądzicie o zabawie z Somersby? Weźmiecie udział? Dajcie znać!

czwartek, 24 lipca 2014

MINERALNE RÓŻE DO POLICZKÓW

AUTOR: Agata bloguje... 26 KOMENTARZY
Jeszcze kilka lat temu, szperając w moich kosmetykach, nie znaleźlibyście ani jednego różu do policzków. Nie rozumiałam sensu ich używania, a zanim to się zmieniło, minęło sporo czasu. Swój pierwszy róż do policzków, kupiłam na pierwszym roku studiów. Jego kolor (i cenę) pamiętam do dziś. Sprawował się idealnie. Na mojej skórze, o ciepłej tonacji, wyglądał rewelacyjnie. Tak naprawdę, od tamtej pory nie miałam bardziej właściwie dobranego różu do policzków. Te, o których napiszę dziś, różnią się od tamtego przede wszystkim tym, że są mineralne. Nie są tanie (42,90zł), ale to, co je wyróżnia, to dobra jakość i bardzo intensywne kolory.


Z marką Lily Lolo poznałam się kilka miesięcy temu. Początki naszej znajomości były trudne, ale z czasem polubiliśmy się. Róże, które posiadam, noszą nazwy: Clementine i Rosebud. Ten pierwszy to typowo pastelowy, koralowy róż. Bardzo cukierkowy, słodki. Drugi natomiast to opalizujący, ciemny, brudny róż wymieszany z fioletowymi tonami. Oba są bardzo nasycone, jednak to Rosebud wygrywa w tym pojedynku. 


Ich sypka struktura może stwarzać problemy podczas podróży. Ja właściwie zawsze preferowałam kosmetyki w formie prasowanej niż sypkiej, aczkolwiek dla chcącego nic trudnego. Można przesypać odpowiednią ilość kosmetyku, do małego, plastikowego pudełka, zamiast zabierać właściwe ze sobą. Oba zachowują się na twarzy bardzo dobrze (do kilku godzin), przy czym wyglądają na niej niemal identycznie, jak w opakowaniu. W zależności od naturalnego kolorytu cery i karnacji, kolor różu będzie po prostu bardziej widoczny. 


W moim przypadku, Clementine sprawdza się lepiej na co dzień. Nie rzuca się w oczy, nie podbija zmęczenia. Rosebud jest trochę bardziej wyzywający, dlatego zostawiam go na specjalne okazje. Swatche obu kolorów możecie zobaczyć tutaj. Jak Wam się podobają? Znacie te róże do policzków? Może macie jakieś swoje ulubione odcienie?

czwartek, 17 lipca 2014

PIĘĆ NAWYKÓW, KTÓRE ZMIENIŁY MOJE ŻYCIE

AUTOR: Agata bloguje... 36 KOMENTARZY
O swoim życiu mogłabym napisać książkę. Serio. Jestem pewna, że odpowiednio zredagowana, miałaby szansę stać się bestsellerem. Miałam kiedyś nawet wizję, że moje pomysły i wszystko to, co do tej pory przeszłam, mogłyby bawić ludzi. Napisane właściwymi słowami, miałyby szansę zyskać popularność - w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Bynajmniej, nie dlatego, że mam się czym chwalić. Raczej dlatego, że o tym, jak naprawdę wygląda mój świat, nie wie prawie nikt. Od małego wpajano mi schematy, które kształtowały moją dojrzałość. Dziś, mając dwadzieścia parę lat, wybieram je sama. Jestem wdzięczna rodzicom za wszystko, co mogło pomóc przyjąć nawyki, które zmieniły moje, dorosłe już życie.


Pierwszym z nich, jest umiejętność cieszenia się z błahostek. Możecie mi wierzyć - nie znam drugiej osoby, która popłakałaby się ze szczęścia, bo dostała w prezencie paczkę makaronu. To długa historia, ale jedna z wielu, która uświadomiła mi, że ja naprawdę nie potrzebuję cudów, żeby uśmiechać się i cieszyć. Mój mężczyzna ma to szczęście, że nie musi skakać nade mną, żeby sprawić mi przyjemność. W tej kwestii akurat jestem mało wymagająca. 

O wiele bardziej surowym okiem, zerkam na kulturalność ludzi. To kolejny nawyk, który zmienił moje życie. Dzięki niemu, żyję wśród osób, dla których uprzejmość i ogłada towarzyska nie są obce; mniej się denerwuję. Nie lubię ludzi, którzy nie znają umiaru w przeklinaniu. Nie zwracam uwagi na mężczyzn, którzy nie umieją otworzyć kobiecie drzwi, odsunąć krzesła, podać płaszcza. Jestem uczulona na palaczy, którzy nie spytają, zanim zapalą przy mnie. 


Trzecim nawykiem, dużo mniej istotnym od poprzednich, jest odkładanie biżuterii do odpowiedniego schowka. Mam sroczą naturę. Uwielbiam świecidełka. Noszę tylko te wykonane lub ozdobione metalami szlachetnymi. Biorąc pod uwagę swoje roztargnienie, nieostrożność i cenę biżuterii, musiałam zmienić swoje przyzwyczajenia. Odkładanie złotych kolczyków na półkę, ewentualnie zamknięty laptop zawsze kończyło się tak samo - niedobra półka schowała przede mną jeden z nich albo po prostu zniszczyła do tego stopnia, że nie dało się ich nosić. Rok temu dostałam w prezencie małą, fioletową szkatułkę. Dzięki, bracie!

Czwarty, najzdrowszy nawyk, który odmienił moje życie, to systematyczne picie wody. Pamiętacie wpis o wodnym wyzwaniu? Od tamtej pory sięgam po wodę regularnie. Piję ją bardzo często. Nie jest ona jedynym napojem, którego dostarczam organizmowi w ciągu dnia, ale bez wątpienia piję jej najwięcej. Chyba nie muszę mówić, jak wiele zmieniło w moim życiu regularne picie wody? ;)


Ostatnim, piątym nawykiem, jest czytanie książek. Uwielbiam to robić, gdy sama wybieram tytuł i reguluję czas, w którym przeczytam konkretną pozycję. Książki wzbogaciły moje słownictwo, poszerzyły i tak bujną wyobraźnię, ale przede wszystkim, dzięki nim poznałam nowy wymiar relaksowania się. Święty spokój, to zapach kawy, książki, i świadomość, że nie muszę nic robić. 

Chętnie poznam Wasze nawyki. Są wśród nich jakieś, które zmieniły Wasze życie?

wtorek, 15 lipca 2014

100 HAPPY DAYS

AUTOR: Agata bloguje... 33 KOMENTARZY
Projekt '100 happy days' zna na pewno większość z Was. To świetny sposób na to, by uświadomić sobie ile rzeczy może czynić nas szczęśliwymi. Wystarczy przez sto dni, codziennie, znajdować jedną rzecz, która nas uszczęśliwia i uwieczniać ją na zdjęciu. Instagram obfituje w odpowiednio otagowane dla tego projektu fotografie. #100happyday to jeden z najpopularniejszych ostatnio hashtagów. Sama miałam ochotę dołączyć, ale zrezygnowałam. Dlaczego? Odpowiedź za chwilę. :)


Idea bardzo mi się podoba. Uważam, że podobnych tego typu - pozytywnych - powinno być znacznie więcej. Dzięki łapaniu małych szczęść, możemy nauczyć się je doceniać. Ja jestem osobą, której naprawdę nie potrzeba wiele do pełnego zadowolenia. Cieszą mnie błahostki. Jeżeli zdecydowałabym się na realizację tego pomysłu, na zdjęciach widzielibyście najczęściej mojego mężczyznę i mojego psa. Gdybym jednak postanowiła urozmaicić Wam odbiór moich stu zdjęć, pewnie nie wiedziałabym co wybrać. Tak naprawdę, cieszy mnie wszystko to, co dzieje się wokół. To, że skończyłam studia. To, że mogę pobiegać w dresach po ogrodzie. To, że śpię, kiedy mam na to ochotę. To, że mama kupiła mi sześć absolutnie uroczych szklanek. To, że chrześniak mojego M. uśmiecha się, gdy do niego mówię. I tak dalej. 


Mogę więc śmiało powiedzieć, że w każdym dniu mojego życia doszukuję się tego, co dobre. Zdjęcia, które możecie oglądać na moim INSTAGRAMie są poniekąd częścią osobistego projektu #happylife. Nie czuję potrzeby pokazywania Wam swoich stu szczęśliwych dni, bo (o ile nie dzieje się nic naprawdę złego) wszystkie takie są. Negatywnych emocji, ani tego, co złe, nie pokazuję publicznie. Problemy i przykrości to jedno. One nie muszą dołować innych, skoro dołują mnie. Szczęściem należy się dzielić, więc robię to systematycznie. Jeżeli macie ochotę, zarażajcie się tym szczęściem, subskrybując mój kanał na instagramie - klik. :) Posiadacie instagramowe konta? Chętnie je odwiedzę! 
Copyright © 2011- Agata bloguje